Perła - Lubelskie Koźlak

Perła Browary Lubelskie S.A.

Doszedłem do wniosku, że piwo w klasycznych, najpiękniejszych buteleczkach typu „bączek” nie jest przeznaczone do spożywania w szklanicach „ą”, „ę”! Ono w ogóle nie jest przeznaczone do spożywania w żadnych szklankach, je należy pić „z gwinta”. Oczywiście że żadnego gwinta nie ma, to tylko taki kolokwializm. Do tego objętość „bączka” aż prowokuje do spożycia jego zawartości w jednym podejściu, co nosi prastarą, piękną nazwę „walnąć bączka”. To oczywiste, że temperatura piwa w bączku do walnięcia musi być wyższa niż zwykle polecana do tzw. kulturalnego spożycia w pachnących calgonitem (obecnie - finish) szklanach czy kuflach.
No to pierdyknąłem bączka.

Jak klasycznie to klasycznie. Jedna etykieta, bez żadnych kontretykiet, krawatek i takich tam pierdół. Na etykiecie dwa łby lubelskich koziołków (no bo co powinno być na koźlaku?), stylizowana sylwetka Bramy Krakowskiej, wizytówki Lublina, przy której data 1881. Nie wiadomo co to za data, ale robi wrażenie a na dodatek jest kabalistycznie symetryczna.
Informacje tylko te najważniejsze:

  • - że alk. 6,8% - że pasteryzowane
  • - że zawiera słód jęczmienny (to dla alergików?)
  • - że kaucja za butelkę 35gr (ważna informacja dla tego segmentu konsumentów, któremu jest te piwo dedykowane)
  • - no i że Perła Browary Lubelskie S.A., oczywiście

Biorę dwa bączki w dwie ręce i wprawnym ruchem podważam kapsel jednej jednej butelki kapslem drugiej. Udało się! Kapsel pięknie odskakuje a nad szyjką butelki pojawia się delikatna, ledwie widoczna, piękna mgiełka. Uwielbiam! Niucham ciekawie; w nos łaskocze CO2, ale i czuć chlebkowaty karmelek. Bosko!
Oczywiście zza ciemnego szkła butelki nie widać barwy, bo i po co, ale bez pudła można rozpoznać, że te piwo jasne nie jest. Na pewno nie jest też smolistym porterem. Z otworu butelki nie wydobywa się nachalnie piana, chociaż w typowym dla bączka zgrubieniu pojawiło się kilka bąbli, świadczących, ze piwo jest gotowe i przyjaźnie nastawione do jego spożywania.
Przykładam butelkę do ust z postanowieniem odstawieni jej po wypiciu całości. Pierwszy kontakt i już bąbelki cudownie szczypią mnie w sam czubek języka. Piwo niespiesznie, wprawnie regulowane górną wargą (to jest jak jazda na rowerze, tej umiejętności się nie zapomina!) przelewa się z butelki do mojego żołądka. Żadnych ekscesów w postaci nachalnego wpływania do nosa, podstępnych prób przedostania się do tchawicy, no - bajka po prostu! W smaku tylko lekka słodycz (a bałem się, że będzie za słodkie!), podpiwkowy posmak kawy Dobrzynka, i, niestety, niestety, alkohol… Ale co tam, w cienkim szkle pewnie przeszkadzałby bardziej!
Nagle nieszczęście.
Najniespodzianiej w świecie, zupełnie bez ostrzeżenie i jakichś ostrzegających symptomów, następuje potężne czknięcio-beknięcie!
Żołądek postanowił zredukować nieco wzmagające się ciśnienie i porcja CO<sub>2<?sub> tą samą drogą którą przybyła, jedynie z przeciwnym wektorem kierunku, opuściła moje wnętrze. Ale - nie, nie! - nie doszło do żadnego znamiennego konfliktu z ciągle napływającym dzięki prawu grawitacji we mnie płynem, żadnego spektakularnego strzyknięcia przez nos na ściany pokoju, żadnego dławienia się i parskania pianą na otoczenie; po prostu czknęło mi się i beknęło w bardzo krótkiej sekwencji, i to było nawet miłe, bo zapach piwa podrażnił wszystkie receptory raz jeszcze ale z odwrotnej strony, co zintensyfikowało doznania. Oczywiście, pić musiałem przestać… Porażka.
Ale nie winię za to piwa tylko swój brak treningu.
Po krótkiej przerwie i podjęciu nie tak łatwego jak się wydawało z początku procesu spożywania, bez żadnych niespodzianek skończyłem bączka. Piwna, ciemna, delikatna słodycz przyjemnie rozlewała mi się wciąż jeszcze po języku, podczas gdy z pewną refleksją patrzyłem na spływającą po wnętrzu pustej butelki piankę. Tylko ten nachalny posmak alkoholu…
Na koniec beknąłem raz jeszcze z ukontentowaniem i było to godne zakończenie tego procesu testowania.

5 punktów należy się bez gadania!
Ale co tam punkty… Chyba walnę jeszcze tego drugiego bączka! :-D

Opinia: Góral Bagienny
07/02/2013



Całkiem przypadkiem znalazłem w domowych pieleszach piwo, o którym dawno zdążyłem zapomnieć, że je nabyłem. Ot zwyczajnie, po ludzku wzięło się i zawieruszyło w miejscu, w którym absolutnie nie powinno być. Podchodziłem do testu z pewną rezerwą, jako że termin spożycia był minął mu 28 maja 2013 r. czyli bez mała cztery miesiące temu. No ale raz kozie śmierć. Otworzyłem, nalałem i wypiłem. Ba żyję nawet póki co.

Barwa brunatna z rubinowymi przebłyskami.

Piana jasnobeżowa, po nalaniu bardzo obfita i gęsta. Opadła dość szybko ładnie osadzając się na szkle i tworząc niczego sobie grzybek, który w stanie minimalnym trzymał się do końca.

Nasycenie umiarkowane.

Zapach palonego słodu z mocno wyczuwalnym alkoholem i odrobiną karmelu.

Smak delikatny wielce. Początek słodkawy z minimalnym kwaskiem, po chwili nieco karmelu i kawy. W smaku alkohol się nie pojawił, choć dał o sobie znać w dobrą chwilę po spożyciu w postaci dość przyjemnego wewnętrznego rozgrzania. Szczerze przyznam, że spodziewałem się czegoś znacznie gorszego.

Moim zdaniem zasłużyło na 7 punktów.

Opinia: Sten
23/09/2013

encyklopedia/piwa/perla_lubelskie_kozlak.txt · ostatnio zmienione: 2018/05/04 10:29 (edycja zewnętrzna)